środa, 23 listopada 2011

Prezesowa pijanistka


Czwartek 6 rano.
Czajnik gwiżdże, nie wstaję.
Dualizm chorobotwórczy ścisnął moje trzewia, patrzę przed siebie, ściskam zimny kubek pusty po herbacie na herbatę.
Społeczność pijanistów rozdelektowanych dźwiękiem przerosła skalę miana publicznego, a więc mowa o środowisku vip vipa pocałuje w dupę.
Jestem Prezesową.
Prezes śpi, skulony, na odległość głaszczę go czule i rzucam szczyptę szczypiorku na twaróg na świeży chleb
poranny. Byłam w piekarni.
Nic ciekawego, ot kwaskowaty zapach chrupiącej skórki.
Czasami brakuje
I ten papieros zwisa z ust,
nie śmierdzący, nie kopcący, nie zapalony w ogóle żadnym sensem dymienia.
Ja – pijanistka – niecny mam plan
do fortepianu wleźć przez otwartą klapę i brzdękiem uprosić młoteczki o wbicie oleju do głowy. Tej bez wiedzy a z wyobrażeniem
o spokoju.
Prezes mruknął przez sen, zakradam się, wtulam zimne stopy moje ciepłe plecy jego kłuje zarost. Słońce się wdziera powoli, więc wtulam się i tulę póki nie rozlegnie się ciche pikpikpik. Fortepian mruczy i łasi się i czekają drabiny na analizę. Czajnik gwiżdże, wstaję. Zalewam herbatę.

foto: http://fucckitup.tumblr.com/post/1129134841

piątek, 11 listopada 2011

Oceania

foto: http://rainbowarrior.soup.io/post/165345962/Image
Po niebie szybują trygony, szponami drą taflę oceanu niewzburzoną i bez zupełności próbują zatracić się w głębi. Stabilnością gardzą, bez problemu można bowiem obrócić wszystko wspak. Wysłałam swoją asteroidę pod prąd, więc krzyczą, dlaczego nie z, a ja milczę, bo lubię po swojemu. Egzystencję pochłania w dużej mierze nieodparty przymus, że musi być All.Correct. Wysyłam sondy wprost do księżyca, z dna, lecą chromatycznie i z rękoma skrzyżowanymi na piersiach liczę oddechy do dwóch. Poruszam ustami na trzy czwarte, łykam nieodpartą moc tego, co już między nami i trzymam w garści niezbite dowody na to, że mi się uda. Bo mi jest nam, a do nieistnienia.