wyobraź sobie krajobraz.
piękny ale przeraźliwie zimny norweski krajobraz.
i drogę, która ciągnie się przez niego. z perfekcyjnie szklącymi się gwiazdami na niebie powyżej.
jest ciemno, jest zimno i jest cholernie niebezpiecznie. wszystko może się zdarzyć.
w oddali widać dom. malutki, przytulny domek ze skrzącym się światłem dochodzącym z wewnątrz.
idziesz. idziesz, idziesz i droga wydaje się nieskończona.
ta droga jest nieskończona.
za każdym razem gdy wyciągasz rękę, wyczuwasz namacalnie tę przestrzeń między tobą a ciepłem domu który widzisz przed sobą. czujesz, że nie zdołasz go poczuć.
to rodzaj bólu, który pieczętuje się w twoich opuszkach palców. cierniami wbijający się w twoje zimne serce.
i za każdym razem, kiedy wydaje ci się że zdołasz dotrzeć do źródła światła, okna domu zamykają się głuchą czernią. w końcu wchodzisz do jednego z nich, w przeraźliwym zimnie. w najgorszej ślepocie ciemności. rozglądasz się wokół siebie nie znajdując nic. czysta pustka łapie cię za gardło, dusząc myślą o każdym ciepłym domu, który miałeś. jeden z jednym. zamykasz za sobą drzwi, tak jak zamykasz samego siebie w klatce nadziei, że następnym razem się uda i rozpuścisz swój wewnętrzny lód. i kiedy udaje ci się odejść, klucz do domu pojawia się w kieszeni twojego umysłu.
tak ciężki do noszenia. tak ciężki do zniesienia.