poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Oszust

Stałem na wzgórzu i rozpościerałem ramiona obejmując panoramę miasta, wiatr targał moje ubranie, czułem jego oddech dudniący w moich skroniach. Do moich nozdrzy docierały wszystkie zapachy świata, jednak mój wzrok był upośledzony. Oślepłem kilka lat świetlnych temu, zawdzięczałem to swej ignorancji wobec rzeczy świętych. Zrobiłem krok do przodu. Moje bose stopy zagłębiły się w miękkiej trawie, kolejnym krokiem zbliżyłem się do krawędzi. Wziąłem głęboki wdech i… otworzyłem oczy. Leżałem na wznak na łóżku w swoim obskurnym pokoju i wpatrywałem się w sufit. Każdy z nas ma swój własny koniec świata, mój prześladował mnie od dawna w zamglonych snach. Za każdym razem ukazywał się inaczej, będąc jednak tylko tłem do wewnętrznej śmierci, niestrudzenie podążającej za moją duszą, która raz po raz roniła kilka kropel kwaśnego soku galopującej frustracji, wiedziała bowiem, jaki zgotowałem jej los. Przez uchylone okno do pokoju wpadł podmuch zimnego wiatru, który musnął skórę mojego nagiego torsu, powodując przypływ gęsiej skórki, która mimochodem znikła, zostawiając po sobie miętę gorzkich słów. Powoli wstałem z łóżka, dotykając bosymi stopami lodowatej posadzki. Wzdrygnąłem się lekko i podszedłem do okna. Małym palcem rozchyliłem zasłonę, pozwalając, by do pomieszczenia dostał się skrawek blasku księżyca. Spojrzałem na niego: był wielki, okrągły i patetyczny i wciąż miał siłę, by świecić. Wyciągnąłem mieszkańca dwudziestoosobowej paczki, przytknąłem go do ust i wskrzeszając ogień z wątpliwej zapałki, odpaliłem go. Zaciągnąłem się, patrząc, jak dym rozpływa się po wnętrzu niczym przestraszony duch i usiadłem na łóżku naprzeciwko gołej ściany. Po mojej głowie przebiegały obrazy słów, rozrzedzone powietrze tańczyło w skroniach obijając się o siebie, atom po atomie. Trzymając papierosa w dłoni patrzyłem ślepo przed siebie, przebijając mur wzrokiem na wylot, sekunda po sekundzie brnąłem poprzez otchłań wspomnień. Świat się zatrzymał, dla mnie nie liczyło się nic. W bezdrożach umysłu zatraciłem się, tu i teraz nie było ważne.

c.d.n.

sobota, 27 sierpnia 2011

Pseudocentryzm

olej na płótnie, sierpień 2011

pseudo jest życie
pseudosen
jawa pseudo
myśli wątpliwy tok
skrępowana rzeczywistość
niema radość
krzyku brzask
ciszy brak

czwartek, 25 sierpnia 2011

Sprawozdanie z(e sk)Raju


autobus 7:30
bezruch na trasie niemalże zupełny
miętus przy starej kamienicy
szum drzew i dzień dobry
przypadkowej kobiecie
klamka, półmrok, zapach
stosu zapalonych muzorów
muzyków jęzorów wystawionych
w usilnym staraniu („no zagrajże to wreszcie!”
samemu do siebie)
a więc sala nr 6
okno na oścież, firanka tańczy
i najpierw g-moll czterogłosowo,
następnie Scherzo, Allegro. Final.
Chopin też się wkrada pod palce
dwie ósemki, dwie szesnastki,
dwie szesnastki, dwie ósemki,
paniusie non legato, Ped. zdjąć!
przerwa
miętus z portierem na dziedzińcu
któryś skubaniec rąbie Księżycową
natężenie Ludwiga wprost
proporcjonalne do czterech krzyżyków
i siwa pani z okna
„przestańcie grać bo chyba
oszaleję!” oszalała.
siwi panowie są zdecydowanie bardziej uprzejmi
pięć godzin zleciało jak Presto na dwie strony
Opus tysiąc pięćset sto dziewięćsetny
uśmiech: „to będziesz jutro?”
uśmiech. będę.
z rękami na klawiaturze ani się nie spostrzegę
jak umrę.



czwartek, 4 sierpnia 2011

Gracja konserwacja


mam w szafie trupa
trup często się wita
wzdycha też często
nierzadko milczymy razem
bo i na co nam rozmowa
jak plaster miodu działa to bezsłowie
siedzimy razem na balkonie z widokiem na północ
i pytamy się nawzajem dlaczego
dlaczego niebo jest niebieskie
i dlaczego nieba tak często nie ma
pijemy razem ruską wódkę
to dobrze działa na wnętrze
obojga nas tak samo zgnite
konserwacja to jest gracja




trupa już nie ma
myślę że zdechł
tęsknię za trupem
z niego był Gość