niedziela, 11 grudnia 2011

Kosmo-odlot

foto: http://isnotcominghome.soup.io/post/195340517/Image
Niezmierzone są żądze umysłu próbujące zapanować nad własnym obezwładnionym ciałem człowieka skorumpowanego po prostu głupotą. Mroźne powietrze smaga twarz, stanowiąc niespecjalnie przyjemny kontrast dla płuc płonących żywym ogniem, kiedy serce jak sekundnik odlicza wdechy i wydechy. Wzrost temperatury otoczenia powoduje natychmiastowy zapłon reakcji, wpędzając w ciężką do opanowania euforię, na nic się zdaje ból brzucha i usilne prośby wewnętrzne o spokój. Co dalej - to proste, nicość okropna, niemożność, nic i nie dotykaj mnie, bo dusza wyszła z ciała. Przeciwnie niż wtedy, gdy wychodzisz i zostawiasz mnie samą, zwiniętą w kłębek, z imaginacją o Tobie. Mój umysł szybuje w kosmicznej, niezmierzonej przestrzeni i jarzą się punkty maksymalne, żeby zaczepić się i nie śmignąć wprost w serce czarnej dziury. Ciemność, stara moja przyjaciółka, pomachała mi z wnętrza wyprzedzanego właśnie kosmodromu. Wyszczerzyła zęby. Odprowadziła mnie wzrokiem. Będzie chciała wrócić.

środa, 23 listopada 2011

Prezesowa pijanistka


Czwartek 6 rano.
Czajnik gwiżdże, nie wstaję.
Dualizm chorobotwórczy ścisnął moje trzewia, patrzę przed siebie, ściskam zimny kubek pusty po herbacie na herbatę.
Społeczność pijanistów rozdelektowanych dźwiękiem przerosła skalę miana publicznego, a więc mowa o środowisku vip vipa pocałuje w dupę.
Jestem Prezesową.
Prezes śpi, skulony, na odległość głaszczę go czule i rzucam szczyptę szczypiorku na twaróg na świeży chleb
poranny. Byłam w piekarni.
Nic ciekawego, ot kwaskowaty zapach chrupiącej skórki.
Czasami brakuje
I ten papieros zwisa z ust,
nie śmierdzący, nie kopcący, nie zapalony w ogóle żadnym sensem dymienia.
Ja – pijanistka – niecny mam plan
do fortepianu wleźć przez otwartą klapę i brzdękiem uprosić młoteczki o wbicie oleju do głowy. Tej bez wiedzy a z wyobrażeniem
o spokoju.
Prezes mruknął przez sen, zakradam się, wtulam zimne stopy moje ciepłe plecy jego kłuje zarost. Słońce się wdziera powoli, więc wtulam się i tulę póki nie rozlegnie się ciche pikpikpik. Fortepian mruczy i łasi się i czekają drabiny na analizę. Czajnik gwiżdże, wstaję. Zalewam herbatę.

foto: http://fucckitup.tumblr.com/post/1129134841

piątek, 11 listopada 2011

Oceania

foto: http://rainbowarrior.soup.io/post/165345962/Image
Po niebie szybują trygony, szponami drą taflę oceanu niewzburzoną i bez zupełności próbują zatracić się w głębi. Stabilnością gardzą, bez problemu można bowiem obrócić wszystko wspak. Wysłałam swoją asteroidę pod prąd, więc krzyczą, dlaczego nie z, a ja milczę, bo lubię po swojemu. Egzystencję pochłania w dużej mierze nieodparty przymus, że musi być All.Correct. Wysyłam sondy wprost do księżyca, z dna, lecą chromatycznie i z rękoma skrzyżowanymi na piersiach liczę oddechy do dwóch. Poruszam ustami na trzy czwarte, łykam nieodpartą moc tego, co już między nami i trzymam w garści niezbite dowody na to, że mi się uda. Bo mi jest nam, a do nieistnienia.

niedziela, 16 października 2011

Lokum

zrezygnowałam z gruntownego remontu swojego życia na rzecz zakupu nowego lokum.
koniec ze starociami
(drzazgami przebijającymi się na pierwszy plan realizmu).
manele po prostu zatęchły,
przegniły i przestało być na moim strychu wspomnień przytulnie,
natomiast całkiem chorobotwórczo.

dekoruję właśnie nową chatkę.
rozsyłam pocztówki z niewidzialnym uśmiechem
i szumem tylko jest dobrze, jest dobrze.
maluję ściany farbą firmową Szczęście.
i niczego więcej nie chcę.


środa, 12 października 2011

Chwilo trwaj

Najtrudniej wydusić z siebie słowo. Bo zbyt ważne, bo zbyt ciężkie, bo zbyt piękne. Zakwita w środku i łaskocze i boli i śmiech się odbija pokątnie. Nie mówię niechętnie, ale wiedz, że dobrze mi jest tak, jak okropnie było dotychczas. Spijam przyjemności jak piankę z porannej kawy, rozkoszuję się tym jednym ziarnkiem cukru, którego do przesytu brak. Jest idealnie. Dosyć nieumiejętnie poruszam się po wodach szczęściodajni, z bezzębnym uśmiechem niosę Ci talerz z oceanem swoich mnie, rozlewając po trosze z racji chwiejnego kroku. Szaleńczo upiłam się tym My, z każdym łyczkiem biorąc więcej i dając więcej. To wszystko w granicach zdrowia publicznego. W przestworzach bezsłowia zamknąć się i trwać. Chwilo jesteś piękna.

poniedziałek, 26 września 2011

Les premiers jours d'automne

Jesień smakuje najpiękniej. Szyby zimne od wieczorów, jesień mruga do nas jak rudy paw. Poczynając od rozrysowywania partytury na opadłych liściach, cykl wspomnień zatacza krąg. Tonie niepomna bańka mydlana myśli rozpustnych. Jesień to ta nienasycona, herbata za herbatą, swetrów trzy, zielone rajstopy i rudy płacz duchów, które wylazły i grają nam uczuciami rozpaczliwymi, zaplątanymi w struny gitary. Muzyką szeptu wkradają się cicho we włosy, przenikają każdą komórkę skóry, by rozpłynąć się bezszelestnie w aorcie. Jesienią się odradzam, ściągam z barków obawy rosnące na kruchej skale. Z czułością dotykam nowe doświadczenia, dobre i złe, a najważniejsze chowam głęboko do rękawa. Jesienią nie potrzeba najwięcej, jesień sama sobą przynosi ulgę. Jesienią potwór w środku mnie śpi.

samsung, rzeszów, październik 2010

sobota, 17 września 2011

Jestem wytworem własnej imaginacji. Myślę i nie mam nic ponadto. Tego świata nienawidzę. Każdego dnia bardziej i bardziej. Widzę, jak szwankuje. Widzę, jak w tym szwanku pogrążam się i ja. Wymiotuję własnymi obawami i rozpaczami znanymi od lat. Babram się we wspomnieniach, ryją w mej pamięci schrony, żeby nie poginęły, za cegły mając pogardę do własnego Ja. Nie istnieję. Konstruktywnie zanurzam się w jakiejś kurwa czarnej dziurze. Z jednego tylko jestem dumna i jedna tylko rzecz daje mi satysfakcję. Reszta to iluzja. Przemijające dobre zła, złe dobra i nie mam już sił. Gram swoje życie, obsadzam role i pysznię się rozrywką. Zapomniałam najważniejszego, pogrążam się w autodestrukcji i karmię własną psychozę i nikt mi tego nie wyperswaduje, bo ja czuję, że coś we mnie gnije. Zwymiotuję siebie, jutro.

środa, 7 września 2011

One we dwie

tylko tyle mi trzeba. 
canon powershot sx110 is, rzeszów, czerwiec 2011
wspólnego milczenia, 
łokcia przy łokciu,
złapanych razem podmuchów
ciepłego jeszcze wiatru.

wspólnego Chopina,
oko w oko i łaskocze włos w nos.
herbat, litrów, kubków, no sugar,
"dzień dobry, poproszę szota"
i idę do domu.

Johnny'ego do orzygania
razy trzy pod rząd
i każda z nas jest inna.

tylko tyle mi trzeba.
złapania za nogi i z powrotem na ziemię
i do rozsądku z rozsądku.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Oszust

Stałem na wzgórzu i rozpościerałem ramiona obejmując panoramę miasta, wiatr targał moje ubranie, czułem jego oddech dudniący w moich skroniach. Do moich nozdrzy docierały wszystkie zapachy świata, jednak mój wzrok był upośledzony. Oślepłem kilka lat świetlnych temu, zawdzięczałem to swej ignorancji wobec rzeczy świętych. Zrobiłem krok do przodu. Moje bose stopy zagłębiły się w miękkiej trawie, kolejnym krokiem zbliżyłem się do krawędzi. Wziąłem głęboki wdech i… otworzyłem oczy. Leżałem na wznak na łóżku w swoim obskurnym pokoju i wpatrywałem się w sufit. Każdy z nas ma swój własny koniec świata, mój prześladował mnie od dawna w zamglonych snach. Za każdym razem ukazywał się inaczej, będąc jednak tylko tłem do wewnętrznej śmierci, niestrudzenie podążającej za moją duszą, która raz po raz roniła kilka kropel kwaśnego soku galopującej frustracji, wiedziała bowiem, jaki zgotowałem jej los. Przez uchylone okno do pokoju wpadł podmuch zimnego wiatru, który musnął skórę mojego nagiego torsu, powodując przypływ gęsiej skórki, która mimochodem znikła, zostawiając po sobie miętę gorzkich słów. Powoli wstałem z łóżka, dotykając bosymi stopami lodowatej posadzki. Wzdrygnąłem się lekko i podszedłem do okna. Małym palcem rozchyliłem zasłonę, pozwalając, by do pomieszczenia dostał się skrawek blasku księżyca. Spojrzałem na niego: był wielki, okrągły i patetyczny i wciąż miał siłę, by świecić. Wyciągnąłem mieszkańca dwudziestoosobowej paczki, przytknąłem go do ust i wskrzeszając ogień z wątpliwej zapałki, odpaliłem go. Zaciągnąłem się, patrząc, jak dym rozpływa się po wnętrzu niczym przestraszony duch i usiadłem na łóżku naprzeciwko gołej ściany. Po mojej głowie przebiegały obrazy słów, rozrzedzone powietrze tańczyło w skroniach obijając się o siebie, atom po atomie. Trzymając papierosa w dłoni patrzyłem ślepo przed siebie, przebijając mur wzrokiem na wylot, sekunda po sekundzie brnąłem poprzez otchłań wspomnień. Świat się zatrzymał, dla mnie nie liczyło się nic. W bezdrożach umysłu zatraciłem się, tu i teraz nie było ważne.

c.d.n.

sobota, 27 sierpnia 2011

Pseudocentryzm

olej na płótnie, sierpień 2011

pseudo jest życie
pseudosen
jawa pseudo
myśli wątpliwy tok
skrępowana rzeczywistość
niema radość
krzyku brzask
ciszy brak

czwartek, 25 sierpnia 2011

Sprawozdanie z(e sk)Raju


autobus 7:30
bezruch na trasie niemalże zupełny
miętus przy starej kamienicy
szum drzew i dzień dobry
przypadkowej kobiecie
klamka, półmrok, zapach
stosu zapalonych muzorów
muzyków jęzorów wystawionych
w usilnym staraniu („no zagrajże to wreszcie!”
samemu do siebie)
a więc sala nr 6
okno na oścież, firanka tańczy
i najpierw g-moll czterogłosowo,
następnie Scherzo, Allegro. Final.
Chopin też się wkrada pod palce
dwie ósemki, dwie szesnastki,
dwie szesnastki, dwie ósemki,
paniusie non legato, Ped. zdjąć!
przerwa
miętus z portierem na dziedzińcu
któryś skubaniec rąbie Księżycową
natężenie Ludwiga wprost
proporcjonalne do czterech krzyżyków
i siwa pani z okna
„przestańcie grać bo chyba
oszaleję!” oszalała.
siwi panowie są zdecydowanie bardziej uprzejmi
pięć godzin zleciało jak Presto na dwie strony
Opus tysiąc pięćset sto dziewięćsetny
uśmiech: „to będziesz jutro?”
uśmiech. będę.
z rękami na klawiaturze ani się nie spostrzegę
jak umrę.



czwartek, 4 sierpnia 2011

Gracja konserwacja


mam w szafie trupa
trup często się wita
wzdycha też często
nierzadko milczymy razem
bo i na co nam rozmowa
jak plaster miodu działa to bezsłowie
siedzimy razem na balkonie z widokiem na północ
i pytamy się nawzajem dlaczego
dlaczego niebo jest niebieskie
i dlaczego nieba tak często nie ma
pijemy razem ruską wódkę
to dobrze działa na wnętrze
obojga nas tak samo zgnite
konserwacja to jest gracja




trupa już nie ma
myślę że zdechł
tęsknię za trupem
z niego był Gość

sobota, 23 lipca 2011

To, co było


"choć w pudełku Twoje listy,
a w szufladzie me rysunki,
chociaż dawno zapomniane
śmiechy, żale, pocałunki,
to co było kiedyś między nami
musi sobie jeszcze gdzieś tam żyć".


sony a100, rzeszów, lipiec 2010


jesteś tchórz.

niedziela, 17 lipca 2011

O tęsknocie

Jest trzecia czterdzieści dwie, trzecią z kolei noc nie mogę spać. Noc jest chłodna, siedzę na łóżku i piszę ten list. Co rusz zerkam przez uchylone na oścież okno, nie ma na co patrzeć. I księżyc, i gwiazdy zdmuchnął z nieba zimny powiew wiatru. Tęsknota robi z ludźmi dziwne rzeczy, na przykład masterowi suchego podkoszulka nagle pocą się oczy. Dziś pobrałam siedemnaście odcinków serialu kryminalnego, myślę, że grzybieję, że robi się ze mnie matrona w wałkach na głowie i z kotem grzejącym stopy. Póki co mam rybkę i rozmawiam z nią (nim!) po angielsku, to chyba dobrze wróży. Mam jeszcze fortepian i jest to związek intymny, gdyż zna on każde moje zmartwienie, każdą radość, każde przewinienie. I mimo to wciąż ze mną jest. Wiesz, dalej się boję, ale już inaczej. To umiera na skraju nieboskłonu, stąd rano na niebie różowe chmury. Myślę, że będzie padać. Dziś, jutro. Nie, Jutra nie ma.

piątek, 8 lipca 2011

Krótkie jestem kim

Kim jestem? Mogę być tobą, jeśli zechcesz. Rzuć we mnie słowem, dorobię mu skrzydła i wyślę w świat. Jestem wszystkim. Jestem nikim. Jestem pijakiem, jestem Bajarzem, jestem przynętą na haczyk nabitą i pod prąd. Mam motyle w brzuchu z wadliwym DNA, nie śnię od 40 dni. Czekam na zbawienie, jak my wszyscy. Boję się samotnej śmierci. Nie chciałabym być dla siebie. Nie mogę żyć bez tlenu, jak my wszyscy. (i tylko tlen ten czasem nie jest tlenem). Kiedyś wygrałam najważniejszą bitwę, jak każdy z nas byłam najlepsza. Teraz już nie muszę.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Baletki kokietki

Baletki kokietki miarowo zagłębiały się w świeżej trawie, jedna za drugą. Najpierw prawa, później lewa, na zmianę. Mięśnie bladych łydek spinały się i rozluźniały, regularnie, według rytmu serca. Tuż nad kolanem, za linią białego materiału znikały maki, gdyby popatrzeć w górę, można by zauważyć, że ustawiły się w dość chaotycznej kolejce, przykrywając ciało aż po linię obojczyków. Ręce tylko pozostały wolne, gibając się na prawo i lewo. Różane policzki muskał wiatr, rozwiewał burzę włosów, aż gdzieś tam zaplątał promień słońca. Rześkie powietrze smagało twarz, oddech równy, głęboki. Milczące oczy spojrzały w dal - jeszcze kawałek, jeszcze troszeczkę. Trzasnęły wargi, uszy poczuły pulsującą w skroniach krew. Udało się. Kokietka zatrzymała się, nerwowym ruchem poprawiła niesforny kosmyk, strzepnęła kilka maków i weszła. Podeszła. Usiadła. Zaczęła grać.

canon powershot sx110 is, rzeszów, czerwiec 2011




piątek, 17 czerwca 2011

Piszę nocami, bo noc królową snów. Przez membranę świadomości przepuszczam tylko księżyca blask. Mam siebie dość. Zaniechałam wszelkich działań twórczych, bo po co mi się chłamem otaczać. Jutra nie będzie.

Bądź.

wtorek, 7 czerwca 2011

Zakaz-nakaz

Cóż począć ze sobą można
gdy nie liczy się już nic
poza uśmiechem na twarzy Twej
bladej zmęczonej szczęśliwej.
I gdy twarzy tej oglądać już więcej
nie można zabroniono nie chcesz.
Co robisz gdzie jesteś czy pamiętasz
czy wiesz że.
Mój księżyc widzi Twoje oczy
gdziekolwiek kiedykolwiek.
Głaz tęsknoty pękł we mnie od środka
okruchy żalu ściskają gardło.
I znów to samo.
Ja wiem i Ty też wiesz.
Ten całus nie dla mnie.
Zabij mnie dobij
nie chcę bez Ciebie.

niedziela, 15 maja 2011

Wyłudzenie duszy

Tak się czułam najlepiej. Ja, gwiazdy i ciemna noc. Rozdwoiłam swoją jaźń, porzuciłam wspomnienia, zostało tylko tu i teraz. Zdarłam z siebie usta, wciąż jeszcze ciepłe, drżące, pragnące; okaleczyłam się na rzecz niemożności przepływu informacji niedoskonałych. Myśli rozlały się po mojej głowie niczym kwas, wyżarły nieistniejące i obecne. Nie bolałam nad tym, choć było mi źle. Upodliłam się jeszcze bardziej. W dalszym ciągu nie mogłam zrozumieć, ogarnęły mnie wyrzuty, bo: jak i dlaczego. Pozwoliłam sobie płakać, do nędzy, niechże sobie płaczę, choć to bez znaczenia. Nic to nie poprawi, nic nie pomoże. Zasztyletuj mnie słowami, nie jestem już dzieckiem – tu: bajka nie pomoże.

poniedziałek, 9 maja 2011

I used to live alone

poproszę bilet w jedną stronę
dwa tysiące trzysta siedemdziesiąt pięć do końca Słońca
"ta trasa obejmuje prom"
nie szkodzi, przefrunę obłokiem
minę po drodze tę jabłoń w słodkie kwiaty przystrojoną
i wciąż jeszcze szumiącą
bezustannie
a bocian niesie komuś dziecko
o, puścił mi oczko
gwiazdy śpiewają do Księżyca
a on ciągle świeci
wielki, okrągły, patetyczny
ten pociąg o 23:05 szumi w oddali
i słyszę go wciąż, gdy nie mogę zasnąć
nadal lgnę do oblicza frustracjii
złowieszcze tchnienie burżuazji czuję wiecznie
na swych plecach
przecież nic się nie zmieniło!
a jednak
wzniosłam się na piedestał własnego u/od/czucia
wiedziałam, że ta chwila nadejdzie,
przecież oczekiwałam jej od dawna
halo! paniusiu!
oj nie, iluzjonistą jestem jedynie
nie magikiem, a panią własnych przewidywań
nici z realiów, to fakty dokonane
i przecież nic się nie zmieniło!
przecież świat się nie skończył!
a jednak.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Monstrualna dziura ścisłych nauk

Bawi się mną i gra. Pajacyk, głupi do cna. I tłamsi, i rozkazuje, i harcuje, i gna. To nie są przelewki, panie Mądra Głowa, toż to zwykły konformizm bawiący wśród małp. Oportunista! Phi, mnie to nie bawi. Za to instynkt pan ma, to trzeba przyznać, rozsądku za to całkowity brak. Pan lubi liczyć, ach, a ja liczę na siebie! I mnie nie obchodzi ten cały bzdur grad. O, nie, nie, nie. O jeden most za daleko, pan się porywa z motyką na wiatr. Z tego będzie samo zło, nie ma innych szans. Pana tożsamość?! Szybko, raz, dwa! „Matem Chemyczny”. Ta percepcja jest zła. Pan sobie wyobrazi, pan jest zagrożony, i pana to wcale, jak widzę, nie obchodzi! Skandal. Pan przedawkował intelekt dostojnie. Na opak nie, nie będziemy się przyjaźnić. Pana wytłumaczenie?! No, o coś pytam! Pana milczenie godne jest kopniaka, czy pan zasłużył? Jestem pewna, że tak. No już! Czekam na zeznania! „Przykro mi”. Czy pan coś mówił? „To moja wina”. Z tym się zgodzę! Ja pana wcale już nie obchodzę. Pan to perfidnie wszystko ukartował. Najpierw spokojnie, o, tak będzie dobrze. Potem swobodniej, całkiem na luzie, aż pan wszedł w bagno po samą buzię! Powiem szczerze, mam pana dość. Dostałam od pana porządnie w kość. Teraz moja kolej, moja głowa w tym, by pan odpokutował ten haniebny czyn.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Marazm samozwańczy

smakuję wspomnienia
z brzoskwiniowej łąki
zapach rozbudza myśli
dawne, nienowe
erotyzm nieznany, a poznany
i niewinny całkiem

powoli roz-ko-szu-jąc
skończę się, zatracę,
przesycę, nie przestanę
do bólu, bez końca, bez tchu

nic mi do Twych rad

czwartek, 21 kwietnia 2011

Wieża katharsis

Samotnie wyruszam w ciemną noc, wokoło mrok, nie ma nic. Droga prosta do gwiazd wiedzie na wschód, przenikam bezszelestnie, przemijam. Samolot wspomnień przelatuje nad moją głową, mruczy w oddali jak samotny kot, powietrze pachnie pomarańczą. Tlenu brak. Nie ma ze mną Euzebiusza, pustką jaśnieje moje wnętrze, nie przeżywam nic. Nasycam każdą chwilę, wspinam się po księżycu miękkim jak plusz. Wieża katharsis.

PS. ciwyzo ysolw em cizdalgop bul cinarz ulob od cicysan

niedziela, 17 kwietnia 2011

Spektakularny spektakl

Spektakularny powiew nowych perspektyw nie pozostawia nic do życzenia. Szydło wyszło z worka na wariackich papierach. Moment wstrzymania oddechu pozostał w kąciku nawet podczas zatrzymania akcji. Niech zrobi się jasność, kontynuujcie, dalej, dalej! W perswazji się zanurzę, nie zaszkodzi, jeśli utonę. Bezgranicznie pozostanę przy nieswoim zdaniu, moje własne ukryję, schowam przed światem, ochronię. Nie zginie, nie zgnije, nie zaprzepaści go filozofii mętnej dowód ontologiczny.
Obudziła mnie dziś Matka Głupców. Krzyczała, biła mnie, ganiła. Zamordowała.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Chwila (nie)właściwa

Pompatyczność ma przygasła ze względu na potrzebę, pląsać jednak w myślach wciąż mi nie zabroniono. Delikatnie zamilknę, pogłaskam słowa niewypowiedziane, acz istotne. Chwila niewłaściwa. Jedyną prawdą jest czas. Krótkie godziny nasycone optymizmem schrupię, sok zostawię na później. Moment zapatrzenia, ulotna chwila, mikroskopijne drgnięcie kącika ust zwiastujące szeroki uśmiech na twarzy pół. Złamała się we mnie ta gorycz, pesymistyczna katarakta zasłaniająca mój świat znikła, stoję przed obliczem wyboru. Trwać w niepewności też jest pięknie, to nauka poglądu, wyczucia chwili. Sekunda zatrzymania ma wartość ponadczasową, nie liczy się bowiem jej długość, lecz jakość. Trwajmy więc.

piątek, 8 kwietnia 2011

Senna mara

Czasem spotykam swoje sny, tworzymy niebezpieczne związki. Najpierw jest morderstwo, czysto hipotetyczne, acz z krwią na rękach. Nie umywam się. Odkrywam dzięki tajemnicom ruiny świątyni, nie mogę otworzyć drzwi, ni drgnie zamek niewypowiedzianych żalów. Pojawiasz się Ty, otwierasz drzwi i nie wiem, co jest w środku, bo sen się obraził i uciekł gdzie rośnie pieprz. Kolejnym razem nie ma już Ciebie, szamotam się więc sama ze sobą a sen karmi mnie przemocą. Rozrywa od środka, uwalnia we mnie bestię, wypuszcza ją w mroczną, ciemną noc prosto do miasta. Pogwałca moralność z premedytacją. Budzę się w spazmach, sama, przestraszona. Nie, nie rób tego, nie. A jednak, powracasz, tylko na chwilę. Na barana mnie niesiesz przez zielone lasy, uśmiechasz się i znikasz. Próżno mi Cię szukać, jak kot chadzasz własnymi ścieżkami. Mój skarb chowasz w swoim plecaku, migoce z ukrycia. Zuzzzuuuzuzasuwasz zameczek i odchodzisz, zabierając siebie ze sobą.

czwartek, 31 marca 2011

Odpowiedzialność własna

Poruszyć kwestii odpowiedzialności własnej za uczucia nie wolno. Serce mi zabrania (podłe, ach podłe!). O rozum nie pytajcie, toż to zwykła papka, zepsuta kaszanka. Zbyt wiele rzeczy chciałabym nazwać, ale nie umiem, okraszę je więc milczeniem. Czkawką mi się kiedyś wymskną, przypadkiem zupełnym.
Nie wiem czego chcę, stabilności chyba, choć to nie jest pewne. Z bezsensem się ostatnio zaprzyjaźniłam, też ciekawa rzecz. Polecam, idiotyzm jest w modzie.

poniedziałek, 28 marca 2011

Szeptem zniekształcony ciszy krajobraz

Sensu nie było, nigdy.
To szeptem zniekształcony ciszy krajobraz i tylko mi się wydawało.
Istota się ukruszyła i znikła pod kredensem, rozum wykipiał z garnka rzekomo z mlekiem, choć to przecież był mój SOS. A krzyczeć nie umiem.
Nie będę już szukać Ciebie w Tobie.

niedziela, 20 marca 2011

Upodlenie Euzebiusza

Lało jak z cebra. Deszcz siąpił z nieba, które raz po raz przecinała słaba błyskawica. W oddali słychać było pomruki burzy, raz po raz przenikające przez falę szumu. Papieros w ogóle nie chciał się palić. Nerwowo próbowałem się zaciągać, zły, bezsilny, zdesperowany. Nie pozostała na mnie sucha nitka, a mimo to stałem wciąż i wciąż wmurowany w chodnik opustoszałego miasta. Już nic nie miało znaczenia.
- Euzebiuszu! - usłyszałem cichy głos wołający mnie nieopodal. Obróciłem się w jedną stronę, potem w drugą, jeszcze raz i jeszcze jeden. Wokoło nie było żywej duszy.
- Co to za ceregiele... - mruknąłem i wyciągnąłem kolejnego papierosa. Jaskrawy płomień przeciął powietrze, rozżarzył końcówkę, po czym znikł. Papieros zgasł.
- Do diabła! - krzyknąłem i w złości wyrzuciłem niedopałek do kałuży. Trochę zbyt zamaszyście usiadłem na krawężniku i obiłem sobie pośladki. Po chwili z mroku wyłoniły się dwa reflektory, a chwilę później olbrzymia fala deszczówki przeniknęła przez moją postać. Nie drgnąłem. Spoglądałem na ścianę deszczu i mgłę przenikającą przez mrok. Byłem ciekaw, czy piękna pogoda, słowiki i jaśniejące promienie słońca byłyby w stanie choć trochę wpłynąć na moje samopoczucie. Odpowiedź przyszła, nim zdążyłem dokończyć w myślach pytanie. Upodliłem się jeszcze bardziej.


Proszę się nie łudzić. Euzebiusz nie jest przystojnym dżentelmenem, to tylko moja druga świadomość, rozdwojona jaźń.

czwartek, 17 marca 2011

Rozmowa herbaciana

Powietrze powierzę niebieskim ptakom, niech polecą, zabiorą, wrócą i oddadzą. Dziękuję. Nie, nie trzeba dziękować. Rozmowa zakwitnie herbacianą z róż, do kawy ciasteczko. Motylem bądź, a ja będę polnym kwiatem. Zwiabię Cię, lecz nie zatrzymam, jak zechcesz, to wrócisz.
Nie trzeba się bać, bagatelizować nie należy. To tylko kwestia wyboru.

piątek, 25 lutego 2011

Konsonans istnień

tytuł równie ważny
co między ptakami rozmowa
sens słów i smaków
czułość zapachu rozbrzmiewa
tupot
brama dwóch światów
dotyku Twego konsonans
myśl rozumna
serca i dwa słowa

środa, 2 lutego 2011

Paradoks szczęścia zdystansowany

W moim życiu pojawiło się ostatnio tak wiele paradoksów, że aż chce mi się z nich śmiać. Pozornie dobre rzeczy okazują się uszkodzone, zepsute, wadliwe. Złe rzeczy natomiast budują moją odporność, wzmacniają myślenie, funkcje psychiczne i zmieniają system myślenia. Dystansuję się. Do wszystkiego. Tworzę wokół siebie gruby mur, na wypadek, gdybyś zechciał mnie skrzywdzić. Zmiana perspektywy nie wystarczy. Sama nie zmienię w sobie tej jednej rzeczy, która mnie wyniszcza, choćbym patrzyła na nią pod każdym kątem z osobna. Tak, masz rację. Mogę pomyśleć o tym, co już mam i jestem w stanie uświadomić sobie, jak jest tego wiele. I cóż z tego, skoro nie daje mi to szczęścia. Tak to już chyba jest, że są ludzie szczęśliwi i nieszczęśliwi, a to, czego chce jednostka nie ma najmniejszego znaczenia. Brakuje mi tylko jednego: chęci do wstania rano z łóżka. Potrzeby. Wymagania. Bycia.

środa, 19 stycznia 2011

Dzienny straszy strach

Boję się. Panicznie, przerażająco. Strach mnie otępia, zamraża krew w żyłach, wyżera od środka. Ciarki regularnie przechodzą po moim ciele, w spazmach bólu wyczuwam niepewność, brak ciągu dalszego. Nie mam absolutnie żadnych przeczuć, odczuć, wyobrażeń. Tysiące pytań błąka się po mojej głowie tworząc chaos - pożywienie dla wszechogarniającego mnie wyczerpania. Nie wiem, czego się spodziewać. Boję się, boję. I nie wiem, co będzie dalej.

sobota, 1 stycznia 2011

Sowa-inwalida

Chcę być sową, całkiem nie sobą. Uciec, zniknąć, nie pamiętać. Nie wiedzieć, nie czuć. Pustą być.