piątek, 26 listopada 2010

Allegro maestoso

Muzyka była przepiękna. Napawałam uszy każdą nutą, intonując dźwięki, które wywoływały u mnie dreszczyk podniecenia. Zamknęłam oczy, pozwalając porwać się muzyce. Przez chwilę władała mną brutalność, targały silne emocje wyrażane mocnym forte. Moje palce układały się na klawiaturze w mollowe akordy, od których drżały drewniane schodki prowadzące na scenę. I nagle, towarzysząc subito piano, owiał mnie mroźny powiew, a całą sylwetkę fortepianu okrążyła czarna postać w poszarpanych łachmanach. Nie dotykając ziemi, przyfrunęła obok mnie, siedzącej przy instrumencie na środku sceny, po czym poszybowała w kierunku widowni i usiadła w centrum piątego rzędu. Przerażona, przestałam grać, wpatrując się tylko w mroczne widmo. Była to postać młodej kobiety. Fałdy czarnej, postrzępionej sukni rozpościerały się po krwistoczerwonych fotelach, a kościste palce powleczone przezroczystą skórą spoczywały na podołku postaci. Każdy jeden, potargany, mysiego koloru włos sterczał w inną stronę, a cała fryzura częściowo zakrywała twarz. Wyłupiaste, przekrwione oczy łypały na mnie błękitno-szarymi tęczówkami, jakby przeszywając mnie na wylot. Ostre rysy twarzy podkreślał lekko spiczasty podbródek. Patrząc w tą kredowobiałą twarz zadawałam sobie pytanie, czego ona ode mnie chce. Czy już przyszedł na mnie czas? ,,Graj!”, odezwała się nagle, wydobywając z siebie gardłowy charkot, który wwiercił się w moją głowę, paraliżując myśli i ciało. Z jej popękanych ust poleciała krew, wolno spływając cieniutką strużką. Podniosłam ręce i przytuliłam dłonie do klawiatury, bratając się z fortepianem, jak gdyby to miał być nasz ostatni raz. Dźwięk wypełnił całą salę filharmonii, przykrywając mój strach kołderką otuchy. Nie spiesząc się, zagrałam kadencję kończącą utwór. Gdy ten dobiegł końca, postanowiłam odezwać się do groteskowego słuchacza. Odwróciłam głowę w stronę widowni i udało mi się ujrzeć jeszcze rozpływającą się w powietrzu srebrną mgiełkę, którą zostawiła po sobie Śmierć odchodząc niepostrzeżenie.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Złośliwe kreatury ponurych egzystencji

Jesteśmy zamknięci we własnych słowach. Stajemy się tym, czym chcą być nasze myśli, tworząc złośliwe kreatury ponurych egzystencji. Słodka ironia wydobywa się z naszych ust jak para - wciąż, szybko i niepostrzeżenie. Gorzkie prawdy wypowiadane przez nas, przeciwko nam. I brakuje nam już sił na poznawanie samych siebie, bo tak bardzo pochłania nas korekcja, retusz i kreacja. Bieg teraźniejszego czasu już dawno wyprzedził korowody snów. Męczy mnie ten chaos.