Po niebie szybują trygony, szponami drą taflę oceanu niewzburzoną i bez zupełności próbują zatracić się w głębi. Stabilnością gardzą, bez problemu można bowiem obrócić wszystko wspak. Wysłałam swoją asteroidę pod prąd, więc krzyczą, dlaczego nie z, a ja milczę, bo lubię po swojemu. Egzystencję pochłania w dużej mierze nieodparty przymus, że musi być All.Correct. Wysyłam sondy wprost do księżyca, z dna, lecą chromatycznie i z rękoma skrzyżowanymi na piersiach liczę oddechy do dwóch. Poruszam ustami na trzy czwarte, łykam nieodpartą moc tego, co już między nami i trzymam w garści niezbite dowody na to, że mi się uda. Bo mi jest nam, a do nieistnienia.