autobus 7:30
bezruch na trasie niemalże zupełny
miętus przy starej kamienicy
szum drzew i dzień dobry
przypadkowej kobiecie
klamka, półmrok, zapach
stosu zapalonych muzorów
muzyków jęzorów wystawionych
w usilnym staraniu („no zagrajże to wreszcie!”
samemu do siebie)
a więc sala nr 6
okno na oścież, firanka tańczy
i najpierw g-moll czterogłosowo,
następnie Scherzo, Allegro. Final.
Chopin też się wkrada pod palce
dwie ósemki, dwie szesnastki,
dwie szesnastki, dwie ósemki,
paniusie non legato, Ped. zdjąć!
przerwa
miętus z portierem na dziedzińcu
któryś skubaniec rąbie Księżycową
natężenie Ludwiga wprost
proporcjonalne do czterech krzyżyków
i siwa pani z okna
„przestańcie grać bo chyba
oszaleję!” oszalała.
siwi panowie są zdecydowanie bardziej uprzejmi
pięć godzin zleciało jak Presto na dwie strony
Opus tysiąc pięćset sto dziewięćsetny
uśmiech: „to będziesz jutro?”
uśmiech. będę.
z rękami na klawiaturze ani się nie spostrzegę
jak umrę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz