Na stole leży ceratowy obrus w czerwoną
kratę, na kratach różowe róże. Na różach stoi spodek, na spodku cytryna w
cieniutkich plasterkach. Najważniejsze są chyba jednak te nieziemsko pachnące
borówki, granatowe kuleczki w ceramicznej misce koloru ziemi. Szklankę trzymam
w obu dłoniach, do połowy zapełnioną truskawkowym kompotem. Stół stoi przy
oknie z wyglądem na północ, zatem w godzinach popołudniowych niewiele światła
dociera do wnętrza kuchni. Mucha jednak nie miała z tym problemu. Rozcięła
teraz powietrze trzepocąc skrzydełkami i bzycząc coraz to z innej części
pomieszczenia. Mimo usilnych prób, wciąż nie mogłam wyrzucić z głowy tej
melodii, która napełniała mnie uczuciem rozgoryczenia.
Nie
byłam roztrzęsiona. Wprawdzie czułam pod skórą lęk, ale był on poza moją
świadomością. Polizałam palec, aby zebrać okruszki cukru rozsypane wokół
cukierniczki. (...)
Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos zegara,
który miarowo zaczął wybijać trzynastą. Ocknęłam się chwilowo z tego amoku,
niebywałej nostalgii, która rządziła moim umysłem od wielu miesięcy. Nie znam
przyczyn, z powodu których wszystko potoczyło się w ten sposób. Od zawsze
owładnięta byłam uczuciami, które górowały nad zdrowym rozsądkiem. Myślałam
sercem, dlatego szczerość przedkładałam nade wszystko inne. I szczerość ta
zrujnowała to, na czym zależało mi najbardziej.
Trudność w odróżnieniu rzeczywistości
od wyobrażeń zawsze uwarunkowana była stopniem zaangażowania w sprawę. W moim
przypadku były to dwie sytuacje, obie tak samo absurdalne i obie tak mocno zajmujące
mój umysł. (...)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz