poniedziałek, 1 lutego 2016

Było gorące południe,
stałam na środku ulicy i podciągałam złotą suknię
dalej puściłam się biegiem tam, gdzie oślepiało słońce
brokat przygasł na mej twarzy, gdy schowałam się za rogiem
poprawiłam drogie tiule i ruszyłam pędem dalej
tak jak matka mnie uczyła, gdzie mieszkają wszyscy biali
to tych białych chciałam dopaść, wyciągałam do nich ręce
kiedy nagły powiew wiatru wbił się prosto w moje serce.
Ktoś pociągnął mnie za ramię, pomógł pokonać bariery
banda kumpli tych, co zawsze mają za dobre maniery
dalej razem podążaliśmy grząską i zawiłą drogą
by osiągnąć to co tylko najsilniejsi z silnych mogą.
Drogi tato, bardzo chciałabym teraz cię tylko powiadomić
że starałam się jak mogłam żeby swoje fatum zmienić
Dałeś mi sekretny kluczyk wtedy kiedy byłam mała
który był wynikiem trudu dziecka swego wychowania
Wiesz, dotarłam do tej bramy, którą otworzyłam dumnie
myśląc, że w tym całym życiu nic nie może być już trudniej.
I stanęłam teraz w gąszczu zamazanych drogowskazów
w labiryncie tam, gdzie trzeba słuchać rozumu rozkazów.
Lewą stronę obierając przeszłam może trzy przecznice
omijając długim łukiem szmaty, dziwki i dziewice
nie słuchając rad pobieżnych swoje wygłaszałam racje
by przemierzyć przepotężne życia kolejowe trakcje
nagle coś mnie zatrzymało, to mój rozum podpowiedział
że zostałam całkiem sama, że nikt o mnie tu nie wiedział
Zamiast skręcić w którąś z ulic, którą?, wszystkie takie same
to zastygłam jak słup soli i nie wiedziałam co dalej
wtedy zobaczyłam rękę, ciepłą dłoń w przód wyciągniętą
kogoś, kto by mnie chciał szybko przeprowadzić przez to piekło
rozglądnęłam się na boki, moich kumpli już nie było
więc podjęłam złą decyzję, by zaufać ciemnym siłom
powiedziała mi ta postać, która mnie wyprowadzała
żebym nigdy w swoim życiu już niczego się nie bała
pięknym statkiem mieliśmy wyruszyć w najwspanialszy rejs
but with all that could have happened he put a gun to my face!
Już nie byłam taka sama, coś się we mnie pozmieniało
piękne słowa, dobre myśli, wszystko w głowie wypłowiało
Pękła skała, którą byłam, nieśmiertelna wręcz opoka
i porażka, jak drobina, wpadła wprost do mego oka.
I tam rosła i pęczniała karmiąc się moim uczuciem
moim żalem, moim bólem i nieustającym wstydem.
Mały kamyk przeobraził się w płynącą okrucieństwem magmę
która spływając do trzewi podziałała niczym bagnet.
Padłam na bruk, na kolana, czując jak duszący kurz
masakrował moje płuca powodując mięśni skurcz.
Krwawe zwierzę w mojej klatce chciało dostać się na zewnątrz
chciało wziąć mnie pod swe stery, kontrolować mą niepewność
Resztką siły szłam na oślep chciałam złapać się krawędzi
lecz poczułam ostry ból, patrzę, ciernie w mojej pięści.
Sztorm i chaos, a po niebie czarne szybują trygony
i próbują zerwać taflę oceanu poprzez swoje szpony.
Chciałam dostać się do statku, do holendra, który fruwa
żeby dowiódł mnie do celu, gdzie mieszka tania burżua
Doczołgałam się do klifu, do urwiska pamiętnego
czując jak we mnie urasta coś prawdziwie przeklętego.
Stałam na skraju przepaści ogłuszały mnie wołania
tych potworów, co noszą stargane myślami przebrania
Popatrzyłam na mych kumpli którzy czekali już w niebie
na ich przenajświętsze skrzydła, które tak chciałam dla siebie
czując jak z mych ust wypływa czarnej mazi ciepła strużka
poleciałam w dół, do wody, niczym potargana bluzka
I z mych oczu wpółotwartych jeszcze poleciały iskry
przygaszone w strachu i otchłani marnej zgnilizny.

4 komentarze:

  1. Wychodzi na to, że od jebanego roku wchodzę tu i to czytam.

    OdpowiedzUsuń
  2. wiele się zmieniło, jesień wciąż taka sama

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak jakby nasza? Nie zapominaj o mnie.

    OdpowiedzUsuń