niedziela, 20 marca 2011

Upodlenie Euzebiusza

Lało jak z cebra. Deszcz siąpił z nieba, które raz po raz przecinała słaba błyskawica. W oddali słychać było pomruki burzy, raz po raz przenikające przez falę szumu. Papieros w ogóle nie chciał się palić. Nerwowo próbowałem się zaciągać, zły, bezsilny, zdesperowany. Nie pozostała na mnie sucha nitka, a mimo to stałem wciąż i wciąż wmurowany w chodnik opustoszałego miasta. Już nic nie miało znaczenia.
- Euzebiuszu! - usłyszałem cichy głos wołający mnie nieopodal. Obróciłem się w jedną stronę, potem w drugą, jeszcze raz i jeszcze jeden. Wokoło nie było żywej duszy.
- Co to za ceregiele... - mruknąłem i wyciągnąłem kolejnego papierosa. Jaskrawy płomień przeciął powietrze, rozżarzył końcówkę, po czym znikł. Papieros zgasł.
- Do diabła! - krzyknąłem i w złości wyrzuciłem niedopałek do kałuży. Trochę zbyt zamaszyście usiadłem na krawężniku i obiłem sobie pośladki. Po chwili z mroku wyłoniły się dwa reflektory, a chwilę później olbrzymia fala deszczówki przeniknęła przez moją postać. Nie drgnąłem. Spoglądałem na ścianę deszczu i mgłę przenikającą przez mrok. Byłem ciekaw, czy piękna pogoda, słowiki i jaśniejące promienie słońca byłyby w stanie choć trochę wpłynąć na moje samopoczucie. Odpowiedź przyszła, nim zdążyłem dokończyć w myślach pytanie. Upodliłem się jeszcze bardziej.


Proszę się nie łudzić. Euzebiusz nie jest przystojnym dżentelmenem, to tylko moja druga świadomość, rozdwojona jaźń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz